Marihuana w eklersach


Sprzedaż narkotyków w więzieniu to interes ryzykowny, za to klientela pewna i krociowe zyski. Na wolności nie ma takiego popytu ani takich cen.

Ekspertem od narkotyków to Krzysztof nie jest, ale swoje wie. Choć czasem traci wątek, po kilkudziesięciu latach uzależnienia z pamięcią nie jest za dobrze. Toteż nie pamięta, za co go pierwszy raz posadzili, ale pamięta, że to był zakład w Uhercach Mineralnych, rok 1985. Pamięta też czasy w zakładzie karnym na Montelupich w Krakowie. Siedział za handel kompotem i amfetaminą. Potem był na Czarneckiego. Też pamięta. Za to ile lat przesiedział w sumie, nie pamięta. Ale swoje wie, chociaż ekspertem nie jest.

Na klawiszy można liczyć

Wie na przykład, jak zorganizować przerzut. Na przykład w cukierkach. Takich droższych, mogą być te eklersy. Bierze się cukierek, rozkrawa na pół, wyciąga czekoladowy środek, ładuje do środka marihuanę, skleja na ciepło, zawija z powrotem w papierek i gotowe. Można przekazać podczas widzenia. Sposobów są tysiące. Można ładować amfetaminę do pieczonych kurczaków, przekładać nią plasterki bekonu, wkładać haszysz do torebek z chińskimi zupkami, a w bitej śmietanie niewinnego ptysia umieścić wkładkę z heroiną.

Dobrze zorganizowana sprzedaż więzienna to interes ryzykowny, za to klientela pewna i krociowe zyski. Na wolności nie ma takiego popytu ani takich cen.

Centralny Zarząd Służby Więziennej, terapeuci pracujący na oddziałach penitencjarnych, aktywiści organizacji pozarządowych – oni wszyscy wiedzą, czego pragną więźniowie. Narkotyków i telefonów komórkowych. Obie rzeczy mają wiele wspólnego – dają poczucie wolności, tworzą więzi. I… są w więzieniu nielegalne.

Telefon pozwala na transakcje bezgotówkowe. Dzwonisz do znajomych lub rodziny na wolności. Mówisz: „Jutro przyjdzie taki jeden i trzeba mu dać dwieście złotych”. Narkotyki dostajesz od miejscowego dilera, który dostarcza je zza krat.

W Uhercach za komuny Krzysztof płacił inaczej. Dogadał się z klawiszem. Krzysztof pracował na budowie, a klawisz dom sobie stawiał. Chciał, by mu załatwić trochę taśmy do uszczelniania. W rewanżu zapytał: „A ty co chcesz? To będzie taki układ między nami”.

Dzisiaj czasy inne, ale na klawiszy dalej można liczyć. Kiedy taki zostanie dilerem, to interes kręci się jak złoto. Dopóki oczywiście rzecz się nie wyda – mówi Krzysztof – a nie zawsze się wyda, bo ci na górze niekoniecznie chcą widzieć, co robi niższy personel. Bo wtedy wszyscy wkoło mają masę problemów. To po co?

Spokój, „nakręt”, władza

Dziś w więzieniach nikt już nie zawraca sobie głowy przemytem alkoholu. Jest palenie i wciąganie. Narkotyki to spokój (marihuana), „nakręt” (amfetamina), poczucie władzy (sterydy) albo sen (środki nasenne). Marihuany i amfetaminy najwięcej schodzi. Sterydy anaboliczne też, bo w więzieniu mięśnie to prestiż. Dobrze schodzą też środki uspokajające, byle było dużo.

Janusz Sierosławski, socjolog z Instytutu Psychiatrii i Neurologii, w 2001 i 2007 r. zrobił duże badania na ponad tysiącu więźniów. Ale o to, czy brali w ciągu ostatniego tygodnia, miesiąca czy roku, nie pytał. Nikt przy zdrowych zmysłach nie podałby odpowiedzi, grożą za to poważne kary. – Pytaliśmy więc, czy kiedykolwiek w zakładzie karnym zdarzyło im się używać narkotyków. W 2007 r. wyszło, że brał co piąty osadzony. Ale z tych poniżej 24 lat – już niemal co trzeci. Uzależnionych jest jakieś 12 proc. – prawie 10 tys. osób.

Największy problem jest z tymi, którzy „dają w żyłę”. Oficjalne dane mówią, że jest ich w sumie ok. 30 tys. Niektórzy to dawni kompotowcy, inni biorą heroinę, morfinę, amfetaminę. Uzależniają się szybko i głęboko. Prędzej czy później ich życie zmienia się w więzienie – najpierw metaforyczne, bo wszystko zaczyna się kręcić wokół tego, jak zdobyć towar. Później to prawdziwe, bo gdy towaru nie ma za co kupić, trzeba coś ukraść. Z badań Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) wynika, że spośród wszystkich wstrzykujących do więzienia trafia od 60 do 90 proc.

Krzysztof w więzieniu wstrzykiwał sobie, co się dało. Na przykład tzw. przeróbki z leku uspokajającego klorazepam. Wysypujesz tabletki z jednego listka i ładujesz do plastikowej butelki. Lejesz do środka spirytus salicylowy, podgrzewasz. Filtrujesz i gotowe. Centymetr sześcienny i nie ustoisz na nogach.

No, ale trzeba przyznać, że na wstrzykujących inni patrzą z góry. Krzysztof kiedyś wziął na rozmowę jednego młodego, co wciągał nosem amfetaminę i mówi: „A ty w czym jesteś lepszy ode mnie? Jakiś argument weź podaj”. I nie umiał podać. Taki triumf polemiczny przytrafił się Krzysztofowi. – Trochę się człowiek pocieszył.

Pociesza się też więzienna kadra, że tych wstrzykujących jest niewielu, a pogarda współwięźniów powstrzymuje następnych.

Redukcja więziennych szkód

Strategia Krzysztofa wymagała umiejętności taktycznych. Najpierw trzeba trafić na oddział szpitalny. Potem zaprzyjaźnić się z pielęgniarkami. Zaufanie osłabia czujność, więc można sprzętu nakraść – strzykawek, igieł, co się da. Krzysztof ma wirusowe zapalenie wątroby typu C oraz HIV. Większość światowych badań na temat narkomanii w więzieniach dowodzi, że prawie 90 proc. użytkowników dzieli sprzęt iniekcyjny.

Dlatego w więzieniach w Szwajcarii na początku lat dziewięćdziesiątych zainicjowano program wymiany igieł i strzykawek. Wkrótce zrobiły to też inne kraje – Niemcy, Australia, Portugalia, Rumunia.

W Mołdawii wymiana wystartowała w 1999 r. – dziś ten przykład omawia się na międzynarodowych konferencjach. Mołdawskie więzienia to kolonie karne z barakami otoczonymi murem i kordonem strażników. W środku rządzą sami więźniowie. W sprawie przeciwdziałania HIV więzienna wierchuszka okazała się zaskakująco odpowiedzialna. Kilku wyznaczonych więźniów ma przy swoich pryczach zamykane na klucz szafki, w których gromadzą skażony sprzęt i wydają czysty. Sprzęt wymienia tam ponad 70 proc. wstrzykujących.

W niemieckich więzieniach ustawiono specjalne automaty. Wrzucasz strzykawkę – maszyna wydaje nową. Automaty stoją w miejscach ogólnodostępnych, ale dyskretnych. W więzieniu dla kobiet w Waldenbergu przy dwustu osadzonych tygodniowo schodziło średnio dwieście strzykawek.

W 2007 r. WHO wpisało programy wymiany igieł i strzykawek na listę zalecanych strategii zwalczania epidemii HIV/AIDS w zakładach karnych. W Polskich więzieniach nie należy się ich jednak szybko spodziewać. Na razie wolimy pocieszać się statystykami, które mówią, że liczba „dających w żyłę” spada. W badaniach wyszło, że kłuło się zaledwie 3 proc. osadzonych.

– W jakimś sensie jest to zjawisko marginalne – komentuje wyniki Sierosławski. – Ale to prawie 2,5 tysiąca osób. A tu chodzi o ich życie.

Kasia Malinowska-Sempruch, szefowa Międzynarodowego Programu ds. Polityki Narkotykowej w Open Society Institute, na statystyki się krzywi. – Dziesięć lat temu w Bukareszcie uruchamialiśmy pierwszy w Rumunii punkt wymiany igieł i strzykawek. Na wolności. Tamtejsze statystyki też głosiły, że zapotrzebowania prawie nie ma. Okazało się jednak, że miesięcznie wymieniano kilkadziesiąt tysięcy igieł i strzykawek! W Polsce punktów wymiany jest coraz mniej, bo ponoć tracą klientelę. Ale nie wiemy, z czego to wynika. Bo jeśli prowadzą je poradnie, które namawiają ludzi do zupełnego odstawienia narkotyków (terapia drug-free), to mnie nie dziwi, że uzależnieni nie chcą tam przychodzić. Gdyby uruchomić w którymś z więzień program, mogłoby się okazać, że czeka nas spore zaskoczenie.

Leczenie za kratami

Kajetan Dubiel, dyrektor generalny Centralnego Zarządu Służby Więziennej, pamięta, co działo się dziesięć lat temu, gdy do więzień wprowadzano terapię substytucyjną metadonem dla osób uzależnionych od opiatów (m.in. heroina, morfina). – Najpierw wszyscy, włącznie z Krajowym Biurem ds. Przeciwdziałania Narkomanii oraz Instytutem Psychiatrii i Neurologii, byli przeciwko. Kiedy udało się przewalczyć ich opór, w lokalnej prasie pojawiły się nagłówki: „Będą dawać więźniom narkotyki!”. Pilotaż ruszył, ale wszyscy się tak wystraszyli tej burzy, że na rozszerzenie działalności musieliśmy czekać parę lat.

Metadon lub buprenorfina, zamienniki heroiny stosowane w terapii substytucyjnej, skutecznie blokują głód narkotykowy, pozwalają „się ogarnąć”. Dla uzależnionych od opiatów to nie sam narkotyk jest najbardziej niszczący, ale wszystko, co wiąże się z jego zdobywaniem: złodziejstwo, prostytucja, zatargi z dilerami, lęk przed głodem, zanieczyszczony towar.

Krzysztof siedząc latami w więzieniu, o metadonie mógł tylko pomarzyć. Substytucja w polskich więzieniach, jeśli już jest, to dostępna jest tylko dla tych, którzy trafili na odsiadkę, będąc w programie substytucyjnym na wolności. W sumie ok. 150 osób. Nagłe odstawienie metadonu to tortura: wymioty, łzawienie, ból całego ciała, zaburzenia orientacji. W więzieniu czekałby te osoby nagły detoks. Tę sprzeczność udało się rozwiązać, ale nic ponad to.

Jedyne dostępne za kratami leczenie to oddział terapeutyczny typu drug-free. Trwa pół roku, rozpoczyna się tuż przed wyjściem na wolność. Bo człowiek po walce z nałogiem nie może wracać do przepełnionej celi, gdzie łatwiej o narkotyki niż o chwilę autorefleksji. Już na wolności powinien chodzić na terapię zajęciową, sesje grupowe i indywidualne. Leczenie kontynuuje zaledwie 30 proc. A to nie oznacza jeszcze, że cel terapii, a więc utrzymanie abstynencji, został osiągnięty. Według ostrożnych szacunków, terapia drug-free przynosi trwały efekt u 10 proc. pacjentów.

Krzysztof próbował z Monarem. Raz nawet przez pół roku nie brał, potem znowu pojechał ostro. Machnął ręką na takie leczenie. Od paru lat jest na wolności, dostał się na metadon w krakowskim szpitalu Rydygiera. Z tym swoim HIV-em i HCV już się pogodził, bo co robić? Dziewczynę ma – też zakażoną, to sobie nie szkodzą. A jakby ktoś chciał się czegoś dowiedzieć o narkotykach w więzieniu, to chętnie opowie. Bo chociaż ekspertem nie jest, to swoje wie.

wyborcza.pl

nasiona marihuany, konopi

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *