Wolność, Bezpieczeństwo, Narkofobia


Gdzie leży granica pomiędzy wolnością jednostki do zarządzania składem chemicznym własnego ciała a bezpieczeństwem społeczeństwa? Czy jest to granica pomiędzy alkoholem i marihuaną, czy raczej między LSD a heroiną? Kto powinien wyznaczyć tę granicę i na jakiej podstawie?

marihuana-vs-alkogol-702x336
Alkohol Tak?

Dziś uważamy za naturalne, że wiele sfer naszego życia jest poddanych ciągłej kontroli przez „uprawnione organy”. Nie mam prawa wyjechać na drogę samochodem, który nie przeszedł „obowiązkowej kontroli technicznej”. Jeśli chcę dobudować sobie taras do mieszkania, potrzebuję do tego zgody państwa. Jeśli chcę nagrać i wydać płytę muzyczną, to muszę zarejestrować to w odpowiednim urzędzie. Jeśli nie mam 18 lat, nie mogę napić się piwa.

Pomimo tego, że zakaz prowadzenia pojazdów bez odpowiednich uprawnień jest oczywistym ograniczeniem wolności jednostki, nie chcielibyśmy żyć w świecie, w którym na drogach jeżdżą pijane 14-latki.

Wolność i Bezpieczeństwo

Gdzie jednak wyznaczyć granicę pomiędzy wolnością jednostki a bezpieczeństwem społeczeństwa? Słynna liberalna maksyma: „twoja wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się moja” nie nadaje się do zastosowania w wielu sytuacjach: czy mam prawo posiadać w domu karabin maszynowy, dopóki nie strzelam do przechodniów? Czy mam prawo trzymać w garażu radioaktywne substancje, o ile nie zamierzam wykorzystywać ich do budowy broni?

Choć bezpośrednio te czynności nie wyrządzają nikomu szkody, to jednak w takich sytuacjach akceptujemy ograniczenia wolności.

Moje ciało, moja sprawa?

Jedną ze sfer, gdzie prawo ma wyjątkowo wiele do powiedzenia, jest sfera najbardziej osobista – ciało. Państwo zastrzega sobie prawo do decydowania o tym, które substancje chemiczne mogę wprowadzić do swojego krwiobiegu, a których nie. Jeśli policjant przyłapie mnie na paleniu marihuany, mogę pójść do więzienia na trzy lata. Dla porównania: jeśli policjant przyłapie mnie na wrzucaniu psa do ognia, mogę w najgorszym razie posiedzieć dwa lata.

Dlaczego to państwo ma decydować o tym, jakie substancje chemiczne mam zażywać, a jakich nie mogę? Dlaczego zażywając LSD, staję się przestępcą, a pijąc koniak – nie?

Odpowiedź jest prosta: podobnie jak w przypadku zakazu broni palnej, chociaż samo jej posiadanie nie ingeruje bezpośrednio w cudzą wolność, to zwiększa ryzyko, że taka ingerencja nastąpi. Chociaż sam jednorazowy akt wzięcia kokainy nikomu bezpośrednio nie zagraża (poza, być może, mną samym), to społeczeństwo kokainistów jest bardziej niebezpieczne niż społeczeństwo trzeźwych.

Kontynuując to porównanie, zauważamy jednak, że chociaż karabinu maszynowego nie może posiadać nikt, to po wyrobieniu sobie odpowiedniego pozwolenia można kupić pistolet albo broń myśliwską, a pistolet gazowy czy nóż sprężynowy może kupić każdy.

Społeczne koszty legalizacji

Wbrew temu, co często twierdzą zwolennicy legalizacji, narkotyki szkodzą zdrowiu i mogą prowadzić do groźnych społecznie zachowań. „Od palenia marihuany jeszcze nikt nie umarł” – słyszy się często. Faktycznie, nieznany jest przypadek jej śmiertelnego przedawkowania, co nie zmienia faktu, że regularne palenie marihuany może spowodować przewlekłe choroby układu oddechowego. Co więcej, ludzie, którzy palili marihuanę przed 17 rokiem życia, są statystycznie bardziej narażeni na próby samobójcze.

Grzyby halucynogenne, chociaż prawie nie uzależniają, mogą powodować zachowania wybitnie nierozsądne. Na pewno nie chcielibyśmy, żeby za kierownicą siadali ludzie po LSD czy amfetaminie, a heroina – wiadomo – w ciągu paru lat potrafi zmienić młodego człowieka we wrak.

Po co przytaczam tutaj te wszystkie oczywistości? Rzecz w tym, że za każdą legalną substancję psychoaktywną państwo, chcąc nie chcąc, przejmuje odpowiedzialność: lecząc płuca palaczy i wątroby alkoholików, ofiary wypadków samochodowych spowodowanych przez pijanych kierowców itd.

Jak powinniśmy wyznaczyć granicę?

Obecnie w polskim prawie granica legalności przebiega pomiędzy alkoholem a marihuaną. Liczba dowodów na to, że alkohol jest od marihuany bez porównania bardziej szkodliwy (zarówno zdrowotnie, jak i społecznie), jest olbrzymia – co sugeruje, że granica ta jest ustawiona w złym miejscu i należałoby ją przesunąć. Co do tego generalnie zgadzają się ludzie o różnych orientacjach politycznych. Jednak jak daleko powinniśmy się posunąć i kto powinien podjąć tę decyzję?

To ostatnie pytanie nie jest wcale bezsensowne: politycy przecież nie znają się na narkotykach. Znają się na nich za to naukowcy, spece od terapii itp. Ostatecznie jednak decyzja musi należeć do rządzących.

Najrozsądniejsze wydawałoby się zlecenie grupie naukowców stworzenia jednej skali, na której porówna się potencjalne ryzyko związane z zażywaniem różnych substancji psychoaktywnych. Dopiero wtedy będziemy w stanie wyznaczyć racjonalną granicę zbudowaną na rzeczywistej ocenie szkodliwości narkotyków, a nie na obiegowych opiniach i stereotypach.

I tutaj zaskoczenie: taka skala już istnieje! Profesor David Nutt dwukrotnie publikował artykuły na ten temat w w prestiżowym czasopiśmie medycznym „Lancet”. Najpierw w 2007 roku „Jak stworzyć racjonalną skalę do oceny szkodliwości nadużywania substancji psychoaktywnych” („Development of a rational scale to assess the harm of drugs of potential misuse”), a 1 listopada tego roku „Szkodliwość substancji psychoaktywnych w Wielkiej Brytanii” („Drug harms in the UK: a multicriteria decision analysis”).

Artykuły te były oparte na różnych metodologiach badawczych – w tym nowszym została wzięta pod uwagę nie tylko szkodliwość samych substancji, ale również rozpowszechnienie danej używki w Wielkiej Brytanii – dlatego za najbardziej szkodzącą Brytyjczykom substancję uznany został alkohol.

Nas jednak interesuje to, jak szkodliwe są różne substancje same w sobie – i dlatego podpieramy się danymi z artykułu z 2007 roku. A są one szokujące – okazało się, że marihuana, amfetamina, LSD i esctasy są mniej szkodliwe niż alkohol.

Racjonalna propozycja

Jaką w takim razie przyjąć politykę narkotykową? Moja zdroworozsądkowa propozycja brzmi tak:

(?wszystkie substancje bardziej szkodliwe od alkoholu (m.in. heroina i kokaina) powinny być bezwzględnie zakazane; państwo powinno skoncentrować się na walce z handlem nimi;

• wszystkie substancje o szkodliwości porównywalnej do alkoholu (choć nieco niższej – amfetamina, tytoń) powinny być dozwolone. Rząd jednak powinien wprowadzić programy terapeutyczne dla tych, którzy chcą wyjść z nałogu, i uświadamiające im ryzyko (tak jak obecnie w przypadku alkoholu i tytoniu). Poza tym substancje te powinny być obłożone wysoką akcyzą;

• substancje znacznie mniej szkodliwe od alkoholu (marihuana, LSD, ecstasy) powinny być oczywiście legalne. Podobnie jak w przypadku alkoholu należałoby wprowadzić rozbudowane programy zapobiegające uzależnieniom, choć państwo powinno skoncentrować się na walce z groźniejszymi substancjami;

• reklamowanie jakichkolwiek szkodliwych substancji psychoaktywnych (włącznie z alkoholem i papierosami) powinno być zakazane, a zyski z ich sprzedaży powinny być przeznaczone na programy wspomagające terapie uzależnionych, kampanie informujące o szkodliwości tych substancji oraz walkę z handlem najgroźniejszymi substancjami.

W sprawie modnych ostatnio dopalaczy oznaczałoby to:

1. wymuszenie na producentach podawania składu i kontrolowanie go,

2. badanie szkodliwości nowych substancji,

3. a dalej jak wyżej: dopalacze o składnikach bardziej szkodliwych od alkoholu – zakazane; mniej szkodliwe – dopuszczalne na opisanych warunkach.

Narkofobia – czy to się leczy?

Powtórzmy – powyższa propozycja została oparta na dwóch najprostszych racjonalnych przesłankach:

1. należy kierować się sporządzoną przez naukowców skalą szkodliwości narkotyków. Oczywiście przed podjęciem tak poważnej decyzji o dopuszczeniu niektórych substancji należałoby zlecić naukowcom powtórzenie badań na większą skalę;

2. wszystko, co jest bardziej szkodliwe od alkoholu, powinno być zakazane, reszta – dozwolona, z jednoczesnym wprowadzeniem akcji edukacyjnych, prewencyjnych i zwiększania dostępu do terapii. Bo przecież nie zakażemy picia alkoholu, a nieracjonalne jest zakazywanie mniej szkodliwych substancji.

Niestety, w dzisiejszym klimacie debaty publicznej taka propozycja brzmi jak herezja. Wiadomo – narkotyki to zło, degeneraci, strzykawki, HIV, prostytucja… Według badań za najgorsze zagrożenie w XX wieku Polacy uważają narkotyki! Nie wojny, nie ludobójstwo – narkotyki.

Media wspierają taką postawę – ludzie boją się narkotyków, a media żywią się strachem. W takiej narkofobicznej atmosferze niezwykle trudno o rzeczową debatę na temat zmiany polityki narkotykowej, „bo politycy natychmiast wskakują na wysokie tony i zaczynają straszyć”, jak zauważa były minister zdrowia Marek Balicki. Ostatnia wojna rządu Donalda Tuska z dopalaczami była tylko skrajnym przejawem nieracjonalnej reakcji.

Moja propozycja zakazania wszystkiego szkodliwszego od alkoholu i dopuszczenia wszystkiego mniej od alkoholu szkodliwego zasadza się na uznaniu wolności jednostki do trucia się w sposób niepowodujący ciężkich skutków zdrowotnych i kosztów społecznych.

W narkofobicznej Polsce taki rodzaj argumentacji jest jednak tabu.

wyborcza.pl

nasiona marihuany, konopi

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *