Legalizacja marihuany w USA


Legalizacji marihuany w Stanach Zjednoczonych nie da się już chyba zatrzymać. Na razie, jeśli mieszkaniec liberalnego Kolorado zapali swoją legalną trawkę w konserwatywnym Teksasie, pójdzie do więzienia. Ponad połowa Amerykanów uważa, że marihuanę należy zalegalizować. Już w 26 stanach można ją kupować albo bez żadnych ograniczeń, albo na receptę. Efektem jest prawny chaos, bo według przepisów federalnych marihuana, czyli suszone kwiatostany konopi, to wciąż narkotyk.

Ale zielona rewolucja trwa. Niedawno do zwolenników legalizacji marihuany dołączyła redakcja „New York Timesa”. „Musiało minąć 13 długich lat, nim rząd USA otrzeźwiał na tyle, by znieść prohibicję alkoholową. W tym czasie miliony praworządnych skądinąd obywateli stały się przestępcami, a syndykaty zbrodni zdobyły zastraszającą potęgę i wpływy”. Gazeta nie popiera używania narkotyków, uznaje jednak, że społeczne koszty delegalizacji marihuany – „używki znacznie mniej szkodliwej niż alkohol” – są niewspółmiernie większe niż korzyści płynące z zakazu.

Zdaniem redakcji miary absurdu dopełnia to, że ustawa o substancjach kontrolowanych uchwalona z inicjatywy Richarda Nixona w 1970 roku zalicza konopie indyjskie do tej samej kategorii narkotyków co heroina, LSD, meskalina, pejotl czy bufotenina – silny środek halucynogenny uzyskiwany z jadu ropuch, który zakłóca akcję serca i może wywołać zawał. W myśl przepisów mniej szkodliwa od trawki jest amfetamina, kokaina, opium, morfina a nawet fentanyl – syntetyczny opioid, zabijający co roku tysiące heroinistów, bo dilerzy dodają go do towaru dla wzmocnienia. „New York Times” pisze, że nic nie wskazuje, by „umiarkowane używanie marihuany wywoływało u osób dorosłych jakiekolwiek szkodliwe skutki zdrowotne”.

Marihuany używa regularnie 14,4 miliona Amerykanów, a połowa jej próbowała. Bill Clinton wedle własnych słów „palił, ale się nie zaciągał”. Al Gore, George W. Bush, Barack Obama, czołowy gwiazdor Partii Republikańskiej Newt Gingrich, sekretarz stanu John Kerry, były burmistrz Nowego Jorku Michael Bloomberg, Sarah Palin, Arnold Schwarzenegger tudzież szef Krajowego Komitetu Demokratów Howard Dean po prostu palili.

Trawa zaczęła odzyskiwać dobre imię w połowie lat 90. Siedmiopalczasty zielony listek kojarzony w poprzedniej dekadzie z hipisowskim niechlujstwem, zamglonym wzrokiem i brakiem ambicji, wrócił na czapki bejsbolowe, koszulki, wisiorki noszone przez młodzieżowych idoli. Do palenia marychy przyznają się raperzy i rockandrollowcy, biznesmeni, gwiazdy Hollywood. Bibułkowego jointa zastąpił blunt, czyli marihuanowe cygaro, samosiejkę – skunk, lecz istota sprawy jest ta sama: palacze chcą poczuć kopa, którego daje tetrahydrokannabinol (THC), wyluzować się, ubarwić szarą rzeczywistość.

Losy marihuany odzwierciedlają nie tylko przemiany kulturowe w USA, ale też pozwalają zrozumieć, dlaczego w amerykańskich więzieniach siedzi 2,27 mln osób – jedna czwarta wszystkich więźniów świata. Od roku 1970, gdy weszła w życie ustawa antynarkotykowa, liczba osób pozbawionych wolności wzrosła ośmiokrotnie. Nie wywarło to żadnego wpływu na wskaźniki przestępczości, natomiast pociąga za sobą ogromne wydatki i problemy społeczne, zwłaszcza wśród mniejszości etnicznych. Siedzi lub siedział co trzeci czarnoskóry, co szósty Latynos i co siedemnasty biały. A wyrok na zawsze zostawia ślad w papierach, utrudnia przyjęcie na studia i znalezienie pracy.

W 2012 roku za posiadanie marihuany lokalna policja aresztowała 658 tys. Amerykanów, za kokainę i heroinę – tylko 256 tysięcy. Nowy Jork zyskał ironiczne miano światowej stolicy aresztowań za trawę. Policjanci, aby podbić sobie wskaźniki zatrzymań, fabrykowali oskarżenia o tak zwane posiadanie jawne, zmuszając mieszkańców getta do opróżniania kieszeni w miejscach publicznych. Noszenie schowanego jointa czy torebki ważącej mniej niż 25 gramów było tylko wykroczeniem; wyjęcie – zbrodnią. Same aresztowania kosztowały rocznie nowojorskich podatników blisko 100 mln dolarów. A dochodziły do tego koszty procesów, więzienia czy przymusowego odwyku.

Etniczna specyfika marihuany (biali wolą twarde narkotyki) prowadziła do takich absurdów jak w mieście McKees Rocks w Pensylwanii, gdzie do władz wpłynął szereg skarg wobec wyszkolonego w szukaniu marihuany policyjnego owczarka imieniem Dolpho. Trzy od handlarzy narkotyków, a trzy od osób, u których zakazanych substancji nie znaleziono. Poszkodowani twierdzili, że pies szykanuje Murzynów, więc reprezentująca mniejszości radna Wanda Jones Dixon zażądała uśpienia czworonożnego rasisty. Nie przekonały jej opinie ekspertów, że psy kierują się węchem, a koloru skóry w ogóle nie widzą.

swiat.newsweek.pl

nasiona marihuany, konopi

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *