Czas przystać na propozycję talibów?


Administracja Obamy zaczyna się zastanawiać nad pomysłem podjęcia rozmów z talibami. W październiku 2001 roku, gdy Stany Zjednoczone przygotowywały się do zbombardowania Afganistanu i schwytania Osamy bin Ladena, talibowie zaproponowali negocjacje.

Bin Laden mógł być wysłany do kraju trzeciego, zapewniali talibowie poprzez swoich agentów w Pakistanie, jeśli USA udowodniłyby, że był winny zamachów z 11 września i jeśli zrezygnowałyby z powietrznych ataków na Afganistan. Taka była propozycja talibów. Ówczesny prezydent Stanów Zjednoczonych pozostawał jednak niewzruszony i obstawał przy swoim: „Muszą nam go wydać. A także wszystkich przestępców, których kryje… Nie ma mowy o jakichkolwiek negocjacjach”.

Propozycja talibów została wówczas odrzucona. Dlaczego więc administracja Obamy powraca dziś do tego pomysłu? W pewnym sensie sytuacja z 2001 r. jest podobna do sytuacji w 2010 r. Dziewięć lat temu talibowie rządzili Afganistanem. Dzisiaj są grupą rebeliantów, która przybiera na sile bez względu na to, że jest na celowniku USA. Czy decyzja o odrzuceniu propozycji talibów sprzed 9 lat była bardziej emocjonalna niż racjonalna? Czy USA powinny podjąć dzisiaj rozmowy z mułłą Omarem? Negocjować czy walczyć? Odpowiedzi na te pytania poszukuje w swojej książce „Bargaining With the Devil: When to Negotiate, When to Fight” Robert H. Mnookin, profesor Uniwersytetu Harvarda.

„Czy powinniśmy kupczyć z diabłem?” – pyta retorycznie autor książki? „Nie zawsze, ale częściej niż nam się wydaje. Jeśli chcemy rozwiązać konflikt i zrobić pewien postęp, musimy podarować diabłu to, na co nie zasługuje. To gorzka pigułka do przełknięcia”. Mnookin – na podstawie wybranych przykładów – udowadnia, że negocjacje nie zawsze się opłacają.

Gdy w październiku 2001r. informacja o ofercie talibów pojawiła się w mediach, Mnookin kłócił się podczas publicznej debaty na Harvardzie, że oferta talibów nie może być przyjęta ze względów pragmatycznych. „Szanse na to, że przywódca talibów mułła Omar wyda bin Ladena i zlikwiduje ogniska terroryzmu w Afganistanie są nikłe” – uważa Mnookin. „Zgoda na rozmowy osłabiłaby naszą wiarygodność”. Więc skąd mamy wiedzieć, kiedy należy rozmawiać, a kiedy walczyć? Trzeba sobie odpowiedzieć na pięć kluczowych pytań:

Co ryzykujemy?

Jakie są alternatywy dla negocjacji?

Czy potencjalne następstwa negocjacji spełniają wymagania obu stron?

Jakie są koszty negocjacji?

Czy uciekanie się do innych niż rozmowy środków, tj. jak użycie sił zbrojnych, jest legalne i etyczne?

Mnookina – bardziej niż przypadki, w których jest równowaga między rozmówcami – interesują przypadki, w których jedna strona zachowuje się źle, a druga strona musi odpowiednio zareagować.

Jednym z takich przypadków była sytuacja z maja 1940 roku, gdy Winston Churchill – zdecydowany prowadzić wojnę z Niemcami do samego końca – po kapitulacji Francji odrzucił negocjacje z nazistami. Nie mógł mieć żadnej pewności, że Wielka Brytania – osamotniona na polu walki – wygra z Niemcami bitwę o Anglię.

Dzisiaj decyzja Churchilla o odrzuceniu propozycji rozmów z Hitlerem jest postrzegana zarówno jako odważna, jak i utopijna. Lord Halifax (zwolennik pokoju z Niemcami – red.) sugerował, że do negocjacji z Hitlerem powinno dojść, zanim wybuchła wojna; argumenty Churchilla były bardziej emocjonalne i lekkomyślne.

Ostatecznie Churchill wysunął mocny argument: gotowość do podjęcia negocjacji zasygnalizowałaby naszą słabość i podkopała morale Brytyjczyków.

Tak więc w tym przypadku odpowiedź na pytanie „czy potencjalne następstwa negocjacji spełniają wymagania obu stron” brzmi „nie”, a na pytanie „jakie są koszty negocjacji”, należaloby odpowiedzieć, że „zbyt wysokie”.

Więc w jaki sposób – zapytałem Mnookina – jego poglądy będą podpowiedzią dla USA, które powaznie rozważają propozycję talibów?

„Negocjacje 9 lat temu byłyby błędem” – sugeruje autor książki. „Rozmowy z mułłą Omarem i jego ludźmi w 2010 roku też byłyby błędem” – sugeruje.

„Nawet jeśli ubijesz interes z diabłem, musisz mieć pewność, że wyjdziesz na swoje” – podsumowuje Mnookin.

Richard Bernstein/International Herald Tribune

Tłum. Ewelina Karpińska-Morek

fakty.interia.pl

nasiona marihuany, konopi

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *