Pablopavo – nie jestem poetą


Pablopavo – wokalista Vavamuffin, Zjednoczenia, Ba-Lan… Na koncie kilka płyt długogrających i singli, niezliczone featuringi i ponad cztery tysiące postów na naszym forum dyskusyjnym. W związku z wydaniem solowej płyty, porozmawialiśmy o okolicznościach jej powstania oraz głównym elemencie jej scenografii, mieście stołecznym Warszawa.

Nie chcesz już zmieniać świata? We wcześniejszych tekstach dużo miejsca poświęcałeś walce – „Amazonian Recall”, „Poor People”, „Chwilunia”. Na „Telehonie” walczysz niemal tylko z głupimi wpisami na forum. Tyko to ci dziś przeszkadza?

Może nie tyle przeciwko głupim wpisom, bo mówisz pewnie o piosence „Ale ale”, raczej przeciwko takiej, to się ładnie nazywa, tabloidyzacji życia całego. To jest w gazetach, na portalach, kurde, zachłyśnięcie się paskudztwem. Najpopularniejsze teraz jest paskudztwo i świństwo. Żeby to było obrzydliwie i żeby najlepiej sprawić komuś jeszcze przykrość. Może nie jest to jakaś bardzo ważna sprawa, ale – jakby się zastanowić – dotyka nas to pewnie bardziej niż ten „Amazonian Recall” w sensie naszego codziennego życia. Więc to mnie na pewno wpienia, zasmuca.

Co do zmieniania świata – trochę to było takie założenie, że ta płyta ma być inna. Po prostu. Więc siłą rzeczy część tematów, które w Vavie są naturalne, tutaj wydawały mi się niepotrzebne. Zaraz będzie nowa płyta Vavamuffin i będziemy walczyć ze złem Babilonu mówiąc slangiem. Tu była taka myśl przewodnia, że to ma być bardzo blisko codzienności, przyziemności, trochę takie historyjki. Dlatego taka jest, ale myślę, że można wychwycić takie pozytywne wątki. Dostałem w ogóle takiego maila od jednego kolegi, że ‚Pablo coś ty nagrał, to jest płyta propagująca negatywne myślenie i w ogóle satanizm’. Ja się z tym nie zgadzam, jest numer „Primo Rebel”, który dosyć wyraźnie pokazuje, co się wydarzyło i w jakim kierunku to powinno iść moim zdaniem. Natomiast jest też dużo takich warszawskich piosenek z gangsterką czy śmiercią w tle. Ale tak chciałem.

Skąd w ogóle pomysł na solową płytę? Koledzy z zespołu raczej dają ci się wyżyć (śmiech).

To w ogóle nie było z takiego założenia, że ja się czuję stłamszony, niedoceniony i nagle tu wyfrunę jak ten orzeł biały nad poziomy. Wymyśliłem sobie tę solówkę, czy jakiś pomysł na nagrania, jak Vavamuffin zaczynało. Zawsze chciałem zrobić taką swoją płytę. Na początku myślałem, że to będzie taka płyta raggamuffin, którą jeszcze pewnie nagram, 100% raggamuffin, bez rootsu, bez dubu – tylko lata 90. i 80. Natomiast potem, w ostatnich trzech latach jak ta płyta zaczęła powstawać – nie mówię o „Zykamu” czy „Doli selektora”, które były takie raggamuffinowe, tylko o tym, co się już okazało na „Telehonie” – doszedłem do wniosku, że mam bardzo dużo pomysłów muzycznych, które wykraczają poza ramy reggae. Więc postanowiłem zrobić to na solowej płycie, bo nie zrobię nagle z Vavamuffin zespołu grającego muzykę akustyczną. Nikt by tego nie chciał, chłopaki tym bardziej. A ja mam ochotę nagrać numer akustyczny, to muszę zrobić płytę. To było z chęci poszperania po innych regionach muzycznych. Znamy się trochę to wiesz, że nie samym reggae człowiek żyje, po prostu. Przynajmniej człowiek Pablopavo.

Jak wyglądała praca nad płytą, dlaczego produkcja Zerówy i Emila?

To wyglądało tak, że był pomysł, żeby to nagrać z JuniorBwoyem, wiadomo, że to jest Kuba i to jest Olek z Vavamuffin. Ogromna większość projektów, które ja w życiu robię to z nimi. Natomiast to było też tak, że powstał ten singiel z dwoma piosenkami, a potem chłopaki nie mieli czasu. Wtedy powstawała płyta Juniora, powstawała płyta Bogusia – gdzie chłopcy nie są producentami całej płyty, ale też sprawowali pieczę, jeszcze Alicetea nagrywało. Krótko mówiąc nie chciałem też takiej sytuacji, że ja to będę nagrywał o drugiej w nocy jak Olek skończy coś tam i tak dalej. Pomyślałem więc, że trzeba szukać innego rozwiązania. A ponieważ z Zerówą znam się dobrze, a Emil zaczynał pracować wtedy z Zerówą w studiu, tośmy któregoś dnia usiedli, wypili piwo i doszli do wniosku, że może zróbmy to. Ja to miałem jeszcze taki pomysł, że może hip hopowa będzie ta płyta. Tak myślałem, że jak Zerówa, to ja zrobię hip hop, co – ja nie umiem? Ale potem się okazało, że Zerówa już tego hip hopu tak nie lubi i że ma o wiele szersze horyzonty i chłopcy zaczęli przygotowywać jakieś tam pomysły na numery, w sensie Emil z Zerówą. Podobno wybierałem te najdziwniejsze, które oni spodziewali się, że na pewno odrzucę. Trochę dawali je, żeby nie wyglądało, że nic nie robią i ja wybrałem najgłupsze. To już trochę wpłynęło na to jak ta płyta się rozwijała. Potem się okazało, że z płyty, która miała być elektroniczna i tania, wyszła superprodukcja za kupę pieniędzy z dęciakami, skrzypcami, akordeonem i pięciuset rodzajami klawiszy. Mój wydawca, Piotrek, nie był specjalnie zadowolony (śmiech), bo ciągle dochodziły jakieś koszty i tak dalej, i tak dalej. I tak prawie wszyscy, którzy pracowali na tej płycie, pracowali po stawkach – ‚dobra jesteśmy przyjaciółmi, trudno, zrobię to za pół darmo, dziewczyna mnie zabije’. Ale te koszty i tak były duże na samo studio i to wszystko. Więc się rozbuchało to do takiej rzeczy, która jest makabrycznie niekonsekwentna. Płyta jest bardzo, przynajmniej muzycznie, rozstrzelana, od Sasa do Lasa. Bardzo mnie to cieszy, chyba na starość lubię takie płyty, żeby mnie każdy numer przynajmniej trochę zaskakiwał muzycznie. Myślę sobie, że jak ktoś słucha pierwszy raz tej płyty to jest zdziwiony jak wchodzi „Jurek Mech” z gitarą akustyczną. A zaraz potem jakiś strzał. W ogóle nie mieliśmy jakiejś specjalnej refleksji, trzeba to powiedzieć ze zgrozą, przy tej płycie, jaka będzie i tak dalej. Robiliśmy kawałek po kawałku na podstawowej zasadzie muzycznej, czyli czy fajno jest – fajno, to git i lecimy dalej. W ogóle nie było założeń ‚a teraz to może zrobimy funka’. Tylko ‚ty, a ja to mam taką melodyjkę’ – ‚fajno, do tego pasuje taki funkowy rytm’. A jak funkowy rytm to może ja poskanduje tak troszkę hip hopowo, nawet old schoolowo. I tak to działało. Wymyśliłem tę melodyjkę do „Jurka Mecha”, która jest na gitarze (nucenie) – kupiłem sobie gitarę akustyczną i przynosiłem też jakieś pomysły. Chłopaki mówią, że to musi być właśnie gitara akustyczna i głos. A ja mówię, żeby zrobić z tego dubowe coś, a oni, że minimal. I zrobiliśmy minimal. To było tak bez wielkich planów, krok po kroku powstawały te numery dziwacznie.

Niby na okładce nie ma dużego znaczka z listą featuringów, gdy jednak przyjrzeć się wkładce uważniej, zauważymy kilku gości. Bakhti i Marek Piotrowicz, Szwedzki, Kadubra czy tytułowy Primo Rebel.

Jak to zwykle u mnie bywa, dawno temu jak miałem pomysł na solówkę, napisałem do Marka Piotrowicza czy oni nie zrobiliby dla mnie riddimów. Bo gram z jedną z dwóch najlepszych sekcji rytmicznych w polskim reggae i chciałem też tę drugą (śmiech). Są oczywiście różne zdania, ale ja tak uważam, że Marek i Bakhti oraz Kuba i Emil to są najlepsze sekcje. To było śmiesznie, bo oni przysłali pięć różnych beatów, ale to były tylko takie beaty, że była nagrana perkusja tylko i bas. Nic więcej, żadnych gitar. Jeden z tego wybraliśmy, Emil obudował to, cały numer, muzyką. Wymyślił akordy, wymyślił melodię. Potem przyszedł Radzio i zagrał to na melodice ładnie, wyszedł najbardziej old schoolowo muzycznie reggae’owy numer. Bardzo go lubię, będzie teledysk zresztą do niego, można to już powiedzieć.

Kadubrze jak wszyscy wiedzą wiele zawdzięczam, przyjaźnimy się od lat wielu. Ale to, że ten numer znalazł się na płycie to też jest przypadek. „Primo Rebel”, oj nie wiem, czy to nie najstarszy numer na płycie, został nagrany ze trzy lata temu, na płytę Marcina, która się ciągle nie ukazała i nic nie zapowiada, żeby się ukazała szybko. Marcin ma robotę, dzieci i nie ma czasu. Zadzwoniłem do niego i powiedziałem, że jeśli on tego nie wydaje, to ja bym wziął na swoją płytę.

Ze Szwedzkim z kolei, czyli Piotrem było tak, że czytając jego wiersze – bo Piotr jest poetą znanym i wydawanym – dawno sobie obiecaliśmy, że ja jeden wiersz wezmę i zrobimy dub poetry. Wszyscy wiedzą, że jestem fanem Lintona Kwesi Johnsona, w tym kierunku to miało iść. Ponieważ ja nie jestem poetą, wziąłem wiersz od Szwedzkiego, zresztą nagrywając go nie do końca skumałem, o czym jest. To znaczy ja wiedziałem, o czym on jest, tak jak sobie myślę, bo wiadomo, że poezja jest drogą wolności i wolnej interpretacji. Więc miałem jakąś tam swoją interpretację, ale nie zwróciłem uwagi na taką, która jest podsunięta troszkę pod nos, taka powiedzmy komputerowa. Ale to fajnie, że tam jest parę płaszczyzn. W sumie fajnie ten dub też nam wyszedł taki specyficzny. To nie jest jakiś taki klasyczny dub, tylko takie elektroniczne trochę plumkanie, troszkę jest tam nierówno. Nie wiem czy to jest zauważalne, ale staraliśmy się na tej płycie, żeby dużo rzeczy było nierówno. Drobne takie rzeczy, większość perkusji elektronicznych, które są w niektórych numerach, jest wgrywane specjalnie z palca, niewyrównywane potem. W pewnym momencie mieliśmy jazdę taką, żeby to wszystko szumiało, żeby to było brudne wszystko i żeby to było nierówno, żeby to było ludzkie. Nieodhumanizowana muzyka, trochę jak miasto. Tu się tynk sypie, tu się ktoś potknął i mu się nierówno idzie. To na przykład w „Systemie” można posłuchać, tam bębny robią bardzo specyficzne rzeczy. To, jak wiesz, w starej muzyce jamajskiej też jest bardzo często, że chłopaki zaczynają w jakimś tempie, a kończą w innym i nikt się nie przejmuje, między sobą to współgra. Nie było wtedy kultury grania z metronomem na uszach, to nie Madonna.

Widzisz jakieś pozytywne historie w dzisiejszej Warszawie?

Tak, jak najbardziej. Powiedziałbym, że ostatnie 1,5 roku przynosi dużo takich pozytywnych strzałów. Szczególnie podoba mi się nurt oddolnego budowania infrastruktury i kultury. Infrastruktury – mówię tu o knajpach, ale knajpach, w których nie tylko pije się browar, ale też gada, dyskutuje, ogląda filmy, są koncerty, teatry. Mieszkasz w Warszawie, zauważyłeś też, że pojawiło się dużo takich miejsc, w przeciągu niedługiego czasu – Chłodna 25, Powiększenie, te 1500 metrów do wynajęcia, w których jeszcze nie byłem, na Mariensztacie przed chwilą powstała jakaś kawiarnia. To mi się bardzo podoba, że ludzie nie czekają już na władze, jakiś bogatych biznesmenów, że oni ich zaproszę. Tylko nie – skrzyknijmy się, zróbmy kurde Bar Powiśle. Podoba mi się taka trochę energia, która była w Berlinie kilkanaście lat temu, która doprowadziła do rozkwitu kulturalnego tego miasta. Mam nadzieję, że u nas będzie też w tym kierunku. Bo czekać na tych naszych urzędników, to do końca życia można czekać. I tak dobrze, że ostatnio jest mniej kłód pod nogi ze strony tych urzędników. Chociaż informacja z ostatniej chwili jest taka, że Diuna podobno dostała wymówienie, jak wiemy Jadłodajnia się spaliła i trochę mi się to układa w niesympatyczną całość. Nie chciałbym tworzyć teorii spiskowej, więc jest różnie. Ten oddolny ruch bardzo mi się podoba. Co mi się jeszcze podoba? Podoba mi się parę inwestycji. Ruszyło się coś z Mostem Północnym, a to dla wszystkich mieszkańców Warszawy jest rzecz niezbędna po prostu, a tyle lat to czekało. Trzecia rzecz to – myślę może nawet mała w tym jest i nasza zasługa, ale hip hopu też oczywiście – że trochę zmieniły się stereotypy na temat warszawiaków. To znaczy znika ten – on oczywiście nigdy całkiem nie zniknie – stereotyp warszawiaka, krawaciarza, buca. Zespoły warszawskie, różne – rockowe, reggae’owe i tak dalej przestały się wstydzić tego, że są z Warszawy. Nie ukrywają tego, ale gdzieś tam podkreślają. To jest dla mnie naturalne, tak samo jak to, że zespoły z Poznania śpiewają o Poznaniu. Kiedyś to było modne, nawet jak byłeś warszawiakiem, żeby mówić ‚a, nienawidzę tego miasta, to jest taka wieś’ i tak dalej. Nienawidzisz, nie podoba ci się, to wyjeżdżaj albo nienawidzisz, nie podoba ci się, to zmieniaj. To idzie w tym kierunku, zmieniajmy. Mi też nie podoba się od cholery rzeczy, więc zmieniam, staram się zmieniać. Przynajmniej ja jako muzyk na tę moją drobinkę stereotyp warszawiaka buca staram się zmieniać. Staram się być miły dla ludzi, oczywiście jeśli się da (śmiech), pisać dobre piosenki i tak dalej, i tak dalej.

Dlaczego więc na płycie masz historie warszawskie, jak mówiłeś, satanistyczne? (śmiech) Skąd to zainteresowanie tym brudem?

Bo prawda jest też taka, że Warszawa taka jest. Warszawa z serialu TVN nie istnieje, nie ma takiego miasta. To jest wydmuszka celuloidowa, a nie, teraz już się nie robi na taśmie, to cyfrowa wydmuszka. To raz, ja taką Warszawę znam. Zdarza mi się jeździć taksówkami, ale jednak zazwyczaj jeżdżę autobusem zasyfionym czy tramwajem. Chodzę po ulicy, nie mam własnego auta, jak mnie dziewczyna nie podwiezie, to brnę przez tą breję brudną. Dwa – trochę przy tych warszawskich piosenkach miałem taką idee fixe, że to mają być piosenki w stylu starych warszawskich piosenek podwórzowych ludowych, miejskich.

Chciałeś zostać Grzesiukiem XXI wieku?

No właśnie nie lubię tego porównania, bo gdzie mi do geniusza. Nie oszukujmy się, pan Grzesiuk Stasio był geniuszem. Chodziło mi o to, żeby to było absolutnie nowoczesne w formie, absolutnie nowoczesne w okolicznościach, to znaczy nie udawać, że mamy początek wieku XX, tylko że jest wiek XXI. Ale żeby te historie opowiadały, żeby te tematy były takie jak wtedy. A co wtedy były za tematy? Miłość, najlepiej nieszczęśliwa, złodziejskie ballady, ciężkie życie proletariatu, żeby nie powiedzieć lumpenproletariatu. No więc u mnie już tego proletariatu nie ma, bo praktycznie nie ma już robotników w Warszawie. Ale jest ten Jurek Mech, hurtownik. To jest dla mnie typowa postać z przedmieść Warszawy, pan hurtownik z brzuchem. Jest ta dziewczyna gangstera, to jest taka historia jakby „Czarna Mańka”, w tym kierunku, tylko oczywiście wszystko współczesne. Taką miałem idee fixe, dlatego te historie tak się kończą. Moja dziewczyna nie mogła przeżyć na przykład, że w „Warszawie Wschodniej” wszystko ładnie się rozwija, romans, słodko, tego tego i nagle bach. Ona mówi ‚no po co? przecież mogli wziąć ślub i wyjechać do Radomia, cokolwiek’. A ona zginęła. Ale jak się śledzi te pieśni XIX-wieczne czy z początku XX wieku to one takie są. Hrabina zabija swojego kochanka parobka czy coś takiego.

Czyli zabawa konwencją?

Tak, ale przy tym – bo to był karkołomny pomysł – żeby te piosenki wzruszały. Ta płyta jest aż niebezpiecznie, bałem się, że będzie odebrana jako przeliryczniona, płaczliwa. „Warszawa Wschodnia” ma wzruszyć. Taka zwykła, prosta historia o zwykłym chłopaku, nie żaden poeta, normalny koleś ma wzruszyć. I kogoś tam wzrusza, nie każdego pewnie. Nie chciałem robić pastiszu, w ogóle nie interesuje mnie kabareciarstwo w muzyce. Uśmiech tak, ale kabareciarstwo nie. Zwłaszcza, że w Polsce powstało już parę takich płyt i trudno już zrobić coś lepiej niż Kury. Mnie to trochę nie interesuje, w gruncie rzeczy, gdzieś w środku jestem poważnym facetem. Co nie znaczy, że bez poczucia humoru.

Patrząc za okno, jaką widzisz przyszłość miasta?

Nie wiem… Z jednej strony jest to o czym mówiliśmy, że jest taka energia, że ludzie zaczęli się organizować w sensie kulturalnym i to jest super. Z drugiej strony jest ten opór materii, jakiegoś takiego bezmózgowia totalnego. Dzisiaj czytałem, że nad samym Jeziorkiem Czerniakowskim będą budować osiedle, zagradzając dostęp do niego. Czasami mam takie wrażenie, że szatan złośliwie się bawi tym miastem. Na różne sposoby – od tragicznych, historycznych po współczesne. A to, zburzmy Pałac Kultury – no zburzmy i co?

No właśnie – jak to się stało, że klątwa sekretarzy jest silniejsza od klątwy rabinów?

(śmiech) Nie wiem, nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Lubisz Pałac? Ja lubię. Moje pytanie jest też takie, czy na przykład w okolicy Pałacu widzisz budynek, który byłby ładniejszy, z tych, które ostatnio powstały? Nie, ja nie widzę. Prawdę mówiąc on jest najładniejszy, a Złote Tarasy to w ogóle powinno się zrównać z ziemią, a tych, którzy to zaprojektowali przepędzić na trzydzieste piętro Pałacu w tą i z powrotem na piechotę.

Jak w „Misiu”…

Dokładnie. No i burzymy ten Pałac, co tam powstanie? Stary, zapewniam Cię, że powstanie coś w rodzaju Złotych Tarasów, gnojówka. Nie wierzę po prostu w to, że powstanie tam coś fajnego. Jedynym dla mnie wyjściem sensownym byłaby dla mnie rzecz niewykonalna, czyli odbudowa zabudowy przedwojennej tych terenów – Złotej, Wielkiej i tak dalej. Co jest nie do zrobienia jak wiesz, to nie są lata 50. Z różnych powodów jest to nie do zrobienia. Ja bym ten Pałac zostawił w spokoju i zajął się innymi rzeczami. Naprawdę jest tyle rzeczy do zrobienia, do zrekonstruowania, do uratowania jeszcze, a się sypie. I wiadomo, że jest to trzymane przez właścicieli, żeby się sypało, żeby przyszedł Nadzór Budowlany i powiedział ‚niby zabytek, ale już nic nie możemy z tym zrobić, równaj pan’. Ciekawi mnie bardzo co z Koszykami, mieli postawić z powrotem, a nie powstaje coś, nie wiem czemu.

Kryzys…

No, a rozebrać było łatwo. I tak ta Warszawa wygląda. Z jednej strony walka czynszowa, że zamykamy knajpy, kina, fajne miejsca, a otwieramy banki. To jest złe. Z drugiej strony udało się teraz tej Krytyce Politycznej zająć ten Nowy Świat. Można lubić Krytykę Polityczną albo nie, wiadomo to jest trochę polityka, więc nie chcę w to wchodzić czy ja ich na przykład lubię czy nie – to nie ma znaczenia. Fajnie, że będzie miejsce na Nowym Świecie, które nie będzie bankiem, że coś będzie się tam działo. Więc jest światełko w tunelu, mimo wszystko, mam nadzieję.

Autor: Krzysiek Wysocki

reggaenet.pl

nasiona marihuany, konopi

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *