Eden (2014) Recenzja „Przeskoczyć wieczność”


W swoim jak dotąd najambitniejszym i najbardziej osobistym filmie – wielkim pejzażu francuskiej sceny klubowej ostatnich dwóch dekad – reżyserka Mia Hansen-Løve doprowadza do perfekcji formułę wycofanej, uważnej rejestracji życia jednostki.

W trzech swoich dotychczasowych, nieznanych w Polsce filmach (może za wyjątkiem „Ojca moich dzieci”, wyświetlanego u nas w telewizji i na festiwalach), Hansen-Løve opowiada o życiu zamkniętym w pułapce czasu. Dni, miesiące i lata mają u niej długość minut i kwadransów, zaś jej bohaterowie, ściśnięci w tej egzystencjalnej przestrzeni, stają przed koniecznością ewaluacji własnego życia w oparciu o nagłe, nieoczekiwane zdarzenia, które zaważyły (lub dopiero zaważą) na ich przyszłości. Ta przymusowa konfrontacja prowadzi często do kryzysu – tożsamości, niezależności lub bezpieczeństwa – bowiem nieodzowną puentą fabuł Hansen-Løve jest dojmujące poczucie braku kontroli nad własnym życiem, które okazuje się być podporządkowane czyimś decyzjom.

Eden-93903

Było tak w każdej z jej trzech historii: w „Tout est pardonné” z 2007 nastoletnia Pamela dowiadywała się, że matka przez lata blokowała jej kontakt z ojcem-narkomanem, w „Ojcu moich dzieci” z 2009 matka trzech dziewczynek próbowała zapełnić pustkę, jaką poczyniło w ich uporządkowanym życiu samobójstwo męża, a w „Un amour de jeunesse” nastoletnia Camille starała się zapomnieć o zawodzie miłosnym, który wpędził ją w depresję. Motyw straty jest nieodłącznym składnikiem filmów Hansen-Løve, ale to sposób radzenia sobie z nią decyduje o ich końcowej wymowie.

Także „Eden”, pierwszy film francuskiej reżyserki, jaki trafia do szerokiej dystrybucji w Polsce, zdaje się wpisywać w to założenie. Ale nie do końca. Kreśląc tę ambitną, rozpisaną na dwie dekady opowieść o narodzinach nurtu French Touch (francuskiej muzyki elektronicznej inspirowanej brzmieniem i kulturą disco), Hansen-Løve przełamuje dotychczasową formułę. Bohaterem filmu jest Paul, młody didżej owładnięty nieustanną potrzebą tworzenia. Jest rok 1992, w Paryżu w szybkim tempie powstaje scena klubowa, zrzeszająca „garażowych” wykonawców z pogranicza „nowej” elektroniki. Gdy Paulowi przestaje wystarczać miksowanie w zaciszu własnego pokoju, wraz z przyjacielem Stanem zakłada duet Cheers. Tragedia, nieodłączna dla historii opowiadanych przez Hansen-Løve, przychodzi w drugiej połowie filmu, gdy jest już za późno, by stała się ona, jak dotychczas, ważnym punktem odniesienia. Jest konsekwencją. Upływ czasu zdążył poczynić swoje nieodwracalne szkody.

Wędrując za swym bohaterem przez Paryż ery milenijnej, Hansen-Løve krąży między zaludnionymi parkietami klubów nocnych a intymną przestrzenią przedmiejskich mieszkań, wywracając do góry nogami związane z nimi skojarzenia. I tak, w czterech ścianach zazwyczaj jesteśmy świadkami scen dynamicznych: efektownych domówek z setami didżejskimi, przebieranych imprez i żarliwych monologów o wspaniałości „Showgirls”. Z kolei w sekwencjach klubowych tempo wyraźnie spada, świadomie uciekając od przypisanego doń hollywoodzkiego blichtru, pozwalając opętać się kojącemu brzmieniu francuskiej elektroniki.

Ciągłe przeplatanie się tych dwóch płaszczyzn tworzy spójny, przyjemnie monotonny rytm, towarzyszący kolejnym epizodom z życia Paula. Jest w tym osobny sens: to małe-wielkie wydarzenia – kolejne miłostki, podróże, występy – które nie mają żadnej mocy sprawczej. Prawdziwą miłością Paula jest bowiem muzyka, nieodłączna na każdym etapie jego życia, zaborcza i obsesyjna, podporządkowująca sobie wszystko wokół.

Scenariusz filmu powstał we współpracy ze Svenem, bratem reżyserski, i składa się z jego własnych doświadczeń na polu didżejskim: ciągłego głodu muzycznych poszukiwań, wypełniającego sferę emocjonalną, ale też nieodpartej potrzebę sukcesu, który ciągle (nigdy?) nie nadchodzi. Na ekranie gorycz tej sytuacji dodatkowo pogłębia to, że gdy Paul sam stara się przetrwać w muzycznej niszy, gdzieś na drugim planie swój marsz w stronę chwały rozpoczyna dwóch jego bliskich znajomych, którzy właśnie założyli zespół o niepozornej nazwie… Daft Punk. Od domówki do domówki, od występu do występu, stają się sensacją na skalę globalną, której Paul może się tylko przyglądać. Z tego względu film Hansen-Løve może kojarzyć się z „Co jest grane, Davis?”. Jeśli film Joela i Ethana Coenów opowiada o muzyku folkowym, który nie został Bobem Dylanem, to bohaterem „Eden” jest didżej, który nie odniesie sukcesu Daft Punk. Ale tam gdzie Coenowie opowiadali o fatum i rozgoryczeniu, Hansen-Løve snuje opowieść o konieczności akceptacji niekorzystnego status quo. Paul budzi się pewnego razu, świadomy tego, że życie przeciekło mu przez palce, a pogoń za żarłoczną pasją ograbiła go z wszelkich alternatyw. Ale Hansen-Løve nie poucza i nie moralizuje, nie stawia też wyraźnej kropki. Historia Paula nie jest kolejnym sztampowym biopikiem o wzlocie i upadku udręczonego artysty. Do obu rzeczy nigdy nie dochodzi, a gdy po latach jedna z byłych dziewczyn Paula, teraz w ciąży i szczęśliwa w związku z nowojorskim yuppie, rzuca mu, niemal oskarżycielsko: „Nic się nie zmieniłeś”, w tej samej chwili Hansen-Løve szepcze cichutko: „I co z tym teraz zrobisz?”.

źródło: film.wp.pl

nasiona marihuany, konopi

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *